czwartek, 19 czerwca 2014

Miss Łajkiki...

Uwielbiam jak wyjazdy, zwłaszcza te prywatne, kończą się niespodziewaną przygodą. Jedną z wielu zresztą takich przygód przeżyłem, przyjeżdżając do mojego brata.Wybierałem się do niego od miesięcy, ale ciągle coś stawało na przeszkodzie. Aż pewnego dnia udało mi się zrealizować mój zamysł: nadciągały właśnie jego urodziny, a ja miałem doskonały pretekst, żeby wziąć wolne. Już sam ten fakt cieszył mnie niezmiernie. Gwarantowany wypad z bratem! Nie szkodzi, że był to środek tygodnia. Spotkaliśmy się tak nieliczne razy, iż było wszystko . Przywitanie zawierało jak zwykle elementy angielskiego humoru.
- O, Tymon, schudłeś - stwierdził brat. A po chwili: - A nie nie, coś mi tylko wpadło do oka.
Ja, nie chcąc być dłużnym, rzuciłem z entuzjazmem:
- O kurcze, włosy ci odrosły. A po chwili: - W uszach i w nosie...ha ha ha!
Oboje zaśmialiśmy się ze swoich dowcipów. Po chwili zaczęliśmy się zastanawiać nad wyborem lokalu.
Ja: - Wiesz, bracie, najlepiej, żeby był kameralny.
On: jest taki jeden hotelik w centrum miasta. Nawet kameralny.
Poszliśmy. Okazało się, że to akademik WF.
No nic – pomyślałem, późno się robi, a tematów cała masa.
Weszliśmy do środka: totalna cisza i spokój.
Podeszliśmy do recepcji i pytamy kobiety za blatem:
- Co tu taka cisza i spokój?
- Panowie, to jest akademik, a nie targowisko, a po za tym to środek tygodnia!
My: - No właśnie, to jest akademik. Nie rozumiejąc do końca i bulwersując się pytamy jeszcze:
- Gdzie możemy posiedzieć i porozmawiać? Brat ma dzisiaj urodziny.
Kobieta za blatem: W knajpce na dole przecież! Jest tam cisza i spokój.
My, zdziwieni: - Tak? Yhmy..
Schodząc po schodach na dół zastanawialiśmy się głośno, co też się dzieje ze światem. Nasze zdumienie wywodziło się z faktu, że tak naprawdę studenci uczą się praktycznie dopiero przed sesją. Dziwne. Stwierdziliśmy, iż faktycznie świat schodzi na psy i poczłapaliśmy do knajpczki. Wystrój... Łauuuu! Niezły! Nawet więcej niż niezły! Duży długi bar z blatem ze starego drzewa...
W stylu angielskim. Oświetlony bar, reszta sali przyciemniona. Szkoda tylko, że taka opustoszała. 
No cóż, spojrzeliśmy na siebie przez chwilę jak super bohaterowie i wszystko stało się jasne: 
niestety, będziemy sami. Usiedliśmy przy barze.
Z zaplecza wyszła średniego wzrostu blondyneczka z dużym biustem, całkowicie oddana...pracy.
- Spójrz, miła obsługa.
- Widzę, niezła. A gdzie mój prezent?
Zaczekaj, zaraz.
- Co podać panowie? - spytała w samą porę właścicelka biustu.
Złożyłem zamówienie otwierając rachunek z sowitym napiwkiem, by resztę wieczoru nie mieć już problemów z obsługą, nawet, gdyby obsługa miała mieć problem z nami.
Faktycznie przez dwie godziny blondynka była przemiła: co chwilę zamieniała puste szkła na pełne.
Cały czas pracowała przy tym na wysokich obrotach. Jak nie wnosiła jakiś skrzynek z piwem, to soki, napoje, chipsy albo jeszcze jakieś inne rzeczy. No, ale w końcu świętowaliśmy urodziny mojego jedynego
i najukochańszego brata! Śmiechu i płaczu było przy tym co niemiara. Jak to często bywa w przypadku facetów pozostawionych samym sobie. Znaczit: bez nadzoru.
Byliśmy już nieźle wstawieni. Wtem!
- Co jest? - pyta brat. - Po co te światła się zapalają? Ale dają po oczach! O, i scena przystrojona w głębi sali. Każdy stolik obrusem nakryty. I kwiaty?!
- No nie! - odpowiadam. - Kwiatów nie zamawiałem!
Właśnie spojrzałem znacząco na brata, gdy usłyszeliśmy w holu głośny tupot nóg, zmierzających w naszym kierunku. I wtedy do knajpki weszły skąpo ubrane młode dziewczyny!!! Jedna przez drugą zaczęły przeciskać się do baru, by coś zamówić, ocierając się o nas biustem...
Byliśmy zachwyceni. Brat podziękował mi nawet za prezent.
- Czemu nic wcześniej nie mówiłeś, że będą dziewczyny – zachichotał.
Ja: - Sam nie wiem, co się dzieje.
Blondynka z dużym biustem: dziś mamy wybory miss akademika Wf-u.
My: - Super. Tylko dlaczego wcześniej nic nam pani nie powiedziała?
Ona: - Panowie nie pytali. Myślałam, że panowie przyszli popatrzeć na miski.
Patrzyliśmy, a jak! Uuuu... Aaaa!  Dziewczyny jak malowane i w dodatku skąpo odziane!
Było ich dużo, coraz więcej... Z jednej robiły się dwie, trzy...

Miss została wybrana zgodnie z naszymi wytycznymi. Urodziny brata jak zwykle pokazały, że w życiu można się spodziewać wszystkiego...Nawet prezentu urodzinowego dla Dominiusza..
Pozdro od Miss Łajkiki:)

Gdyby mnie ktoś teraz spytał, jak chciałbym spędzić urodziny, odpowiedziałbym naturalnie:
- Kameralnie!

środa, 7 maja 2014

Pościg



Pod dom podjechała czerwona Toyota Aygo.
Wysiadł z niej człowiek specyficzny: w swetrze z lat 90, dość już spranym, porościąganym. Na nogach miał półbuty, które przebiegiem przypominały mi moje pierwsze samochody - koszmar. Uczesany był w nieuczesanie. Starszawy, tęgawy mężczyzna. Na pierwszy rzut oka wyglądał, jakby się dopiero obudził na jakimś kartonie, gdzieś na ławce pod miastem.
Widziałem go już parę razy, a nawet rozmawialiśmy, ale najczęściej to on przesłuchiwał mnie. Nasze poprzednie rozmowy bowiem dotyczyły przeważnie pytań ile mam pieniędzy, co z nimi robię i jak on może sobie jeszcze dorobić. Wejść w transport, kupić auto? Nie... Przecież na to trzeba wydać kaskę, a on tego właśnie najbardziej nie lubił. Pamiętam, kiedyś spotkałem się z nim przypadkiem na mieście. On wyciągnął wtedy z torby jakiegoś lumpa i spytał się mnie, ile za niego zapłacił. Na moje oko kurtka kiedyś ze skury ważyła chyba 
z dziesięć kilo więc pomyślałem, że jeśli za każde kilo zapłacił jedno euro, 
to w sumie dziesięć? Zaśmiał się szczerym śmiechem, takim od ucha do ucha 
i powiedział: - Nie, ona ( ta kurtka) kosztowała dwa euro. Dwa euro – powtórzył z naciskiem. Po czym przeszliśmy do zasadniczej części naszej rozmowy czyli przesłuchiwania mnie (znowu!) na temat moich dochodów, wydatków i zużycia paliwa. Nie wiedzieć dlaczego właśnie ta „metoda” pogawędki  sprawiała mu ogromną przyjemność. Wkrótce dowiedziałem się, że był to człowiek zamożny, 
a zgromadzona przez niego kaska zalegała w bankowym sejfie. Ale czy to prawda? Na jego temat krążyło już wiele legend.
Podszedł do mnie i rzuciwszy szybkie „hallo” spytał, czy będę jechał do Polski, ponieważ on niebawem będzie się przeprowadzał i potrzebuje transport. Dogadaliśmy cenę dopiero, gdy on się upewnił, że na tym interesie nic nie traci 
i umówiliśmy się na następny dzień na załadunek.

Podjechałem pod dom, przed którym leżały różne kartony i nylonowe worki. 
W środku było podobnie: mnóstwo kartonowych paczek z napisami: podkoszulki, slipy, skarpety, grube flanelowe koszule, które widać było przez folię i sterty zakurzonych książek. Oprócz kartonów wnieśliśmy do Renaty stary jak świat telewizor (bez pilota), pralkę co pamiętała czasy, w których  Wałęsa wprowadzał i budował solidarność oraz zardzewiały piwniczny regał.  Poza tą masą lumpów jedynie kanapa wydawała się zasługiwać na uznanie. Zmotywowany w myślach  zasadą, że klient nasz pan, wrzuciłem jeszcze na górę dwa zniszczone i brudne dywany. Niestety, nic więcej nie dało się już upchnąć. A i tak było tego z osiemset kilo. W życiu nie widziałem takich gratów lumpów i dziunków, które pakowaliśmy na auto. No cóż, zachodni dobrobyt...

Na drugi dzień przygotowany  do wyjazdu popijałem jeszcze kawkę z Jagodą przed domem. Nagle nasunęło mi się pytanie, które wypowiedziałem głośno: - Ciekawe, ile bagaży zmieści się do tego małego czerwonego autka? Właśnie zaczęliśmy spekulować na ten temat z Jagodą, gdy nagle nasz znajomy zajechał pod dom, a to, co ujrzeliśmy w aucie i na jego dachu, przeszło nasze najśmielsze wyobrażenia. Z daleka było już widać czerwoną strzałę ,powoli przesuwającą się do przodu.  Raz po raz z podwozia szły iskry, gdyż samochód był tak wyładowany, że rura wydechowa znajdowała się niecałe pięć centymetrów  od jezdni.
Było tam dosłownie wszystko: począwszy od dwóch przyrdzewiałych rowerów, 
a skończywszy na konewce. W sumie brakowało jedynie fortepianu. Nasz znajomy dosłownie wycisnął się z kabiny, w której  było miejsce tylko dla niego. Poza tym nie było gdzie ręki wcisnąć.

-Hallo Tymoteusz, musimy się umówić. - Podszedł do mnie  z poważnym wyrazem twarzy. - Którędy będziesz jechał? - spytał. 
- Do granicy tak, jak mi pokaże nawigacja – odparłem. -
- To jedziemy – stwierdził i wcisnął się do autka. 
Po chwili jednak z powrotem się z niego wycisnął, podszedł do mnie do szoferki 
i powiedział: 
- Czekaj, musimy się umówić. Którędy będziesz jechał? 
- Tamtędy – wskazałem ręką. 
- Jedź tędy – pokazał odwrotny kierunek. 
- Tędy nie mogę, bo tam jest most. Samochód się nie zmieści. 
- OK. 
Wrócił do autka, ale nie wsiadł, tylko się odwrócił i zawołał w moim kierumku:  
- Czekaj, musimy się umówić. Chodzi o to, że ja nie jeżdżę szybko – wyrzucił to z siebie jedynm tchem. 
- Ja też nie jeżdżę szybko, więc nie ma problemu – odparłem. 
- A ile jeździsz? - spytał.
- Do stówy- odparłem. Nie mogę szybciej, bo mam wyładowyny samochód. 
- Ale ja jeżdżę jeszcze wolniej – wybąkał. 
- To ile? - spytałem? 
- Pod górkę 50 km na godzinę – odparł.
- No to podjedziesz do przodu , a ja cię będę popychał – zaśmiałem się.
Start. I zaczęły się emocje:  faktycznie pod górkę chyba jeszcze naciskał hamulec: inni kierowcy mrugali mu światłami, trąbili i pokazywali  fuck you, wolałem nawet się trochę oddalić. Dalej trasa mijała nam spokojnie, w kółkach tj. raz on mnie wyprzedzał raz ja jego. Ściemniło się i tym razem on jechał pierwszy. Jak to na autostradzie bywa, sami nie jechaliśmy. Naglę ni z tego nie owego wyprzedził nas dokładnie taki sam bus, dokładnie w takim samym kolorze, chyba tylko numery się nie zgadzały. Rejestracja katowicka, a my 
w inną stronę polski.Wyprzedził mnie, a za chwilę jego. Wtem, patrzę jak czerwona pchła daje migacz na lewą stronę i zaczyna przyspieszać. Myślę: spoko, może się znudził stówą i chce trochę poszaleć. Ale on mi pomału zaczyna znikać z pola widzenia! Przyśpieszyłem i ja: 110,120,130... Więcej nie mogę... Ledwo go widzę ale widzę, jak daje co chwilę kierunkowskaz i wymija następne samochody! Trzyma się przy tym blisko tego busa co, mnie wyprzedził. Wtedy zaczynam jarzyć: pomylił się! Wziął mnie za tamtego! I jeszcze jest gotów pojechać za tamtym busem do samych Katowic .... Muszę go gonić! Albo dać mu jakoś znać. Telefon! Dzwonię , żeby mu o tym powiedzieć. Nic z tego, nie odbiera!
Radio! Wzywam kierowcę  tegoż busa, ale też nic! Może ma głośną muzykę? Holera! Patrzę na nawigację: do zjazdu jeszcze 50 km a ja za nic nie mogę ich dogonić......

 
Mały czerwony pirat jedzie tak szybko, że bagaże prowizorycznie zamontowane na dachu jego auta zaczynają się już obsuwać. Mrugam więc światłami od paru minut i nic, dalej bez rezultatu. Dzwonię do niego znowu. Jest!
-Hallo, Herr Misztra... Hallo haalooo!
Głos w słuchawce mi odpowiada:
-Nie mogę teraz rozmawiać bo szybko jadę i muszę się skupić.
Odrzuca połączenie i się rozłącza. Jakaś masakra – myślę. Do zjazdu już tylko 32 km, a ja dalej nie mogę go wyprzedzić. Ostatnia szansa w sibi-radiu. Wywołuję kolegów, informując ich o całej sytuacji, podaję na którym kilometrze i w którym kierunku jadę. Jest dwóch! Opowiadam w czym rzecz, a oni śmiejąc się w niebogłosy obiecują pomoc. Z daleka widzę, jak jeden duży wymija drugiego i jadą razem koło siebie wymuszając na moim białym sobowtórze spowolnienie jazdy do 70km/h. Bajka, wreszcie! Szybko dziękuję chłopakom 
i dopadam moją zgubę. Jakież jest jego zaskoczenie, że ten przed nim to nie byłem ja... i że byłem zmuszony organizować całą tę akcję dywersyjną aby go dopaść.
 Później się już kurczowo trzymał Renaty, hahaha. Co prawda jeszcze rozrabiał na bramkach, wysypiując drobne na jezdnię, tamując ruch na kwadrans , ale 
w porównaniu do niesfornj uceiczki tamto, to tylo niewinne drobiażdżki. Pomyślałem, że to w końcu nic takiego. 
Pozdrawiam Chłopaków, którzy pomogli mi poskromić pirata!

czwartek, 27 lutego 2014

Przemytnik

Zbliżałem się nieuchronnie do przejścia granicznego.
- No tak - powiecie - ale jesteśmy w unii i nie ma już granic.
- Jasne, ale nie wtedy, gdy masz się zamiar przeprawić promem z Francji do Anglii. Wtedy wpadasz w całą tę pętlę celną, przygotowaną właśnie dla ciebie: biednego wymordowanego kierowcy, który jak by tego wszystkiego było mało, dodatkowo narażony jest na stres. Wywołany jest on w początkowej fazie „atrakcji” tzw. „rentgenem”,  na który wjeżdża autko jak w szpitalu czy na lotnisku. Pan celnik w tym przypadku otrzymuje piękne zdjęcie pojazdu z dokładną zawartością znajdujących się w nim rzeczy. Doprawdy nic się nie ukryje.
Następny etap to sprawdzenie papierów przewozowych , dowodu tożsamości - i - jeśli nie jesteś poszukiwany - to już prawie spokojnie możesz dojechać do terminalu, na którym czekasz na wjazd na prom i na sam rejs. Ale...
No właśnie; ale zanim się tam znajdziesz, musisz jeszcze trzymać kciuki, czy nie zostaniesz zaproszony na kontrolę osobistą, co jest prawdopodobne wtedy, jeśli towar, który jest prześwietlony na rentgenie, nie sprawdza się do końca z wykazem dokumentów, które podałeś do kontroli. Oczywiście cały czas mówimy o tym, że wszystko trzeba pokazać i przede wszystkim mówić prawdę co się wiezie, skąd się wiezie i dokąd się wiezie...
A dzień wcześniej?
Od samego rana nerwówka. Już bladym świtem kochani spedytorzy dzwonią jak oszalali z wiadomością, że właśnie mam załadunek, na który już jestem spóźniony i dlaczego ja jeszcze nie jadę. Oczywiście nie ma mowy o śniadaniu czy toalecie, sprawa jest najwyższej wagi państwowej (jak zawsze).

Schodzę ze swoich sypialnianych apartamentów w oka-mgnieniu, czeszę się jednym wprawnym ruchem ręki, a nawet myję się przecierając jeszcze zaspane oczy nawilżoną chusteczką i już jestem gotowy do jazdy. Odpaliwszy silnik stwierdzam, iż warto byłoby się jednak ubrać do tego załadunku. Uśmiecham się na kolejnego smsa z treścią - Tniemy - wysłanego od mojego ulubionego spedytora. Muszę przyznać, że w sumie bardzo fajne chłopaki są tam po drugiej stronie, nie można im zatem odmówić, zresztą nie jeden już próbował. Taka praca, takie zasady. W gruncie rzeczy popieram ich: musi być dyscyplina, dlatego też nie dyskutuję, odpisuję - Tak jest.  
Jadę. Pierwszy załadunek i od razu mina mi rzednie - jasny gwint, pudełeczka a w nich? Czyżby naboje do poduszek powietrznych do samochodów osobowych? Trudno powiedzieć, nie mi decydować. Chwila postoju, dosłownie 5 minut i jazda dalej. W duchu zastanawiam się, co będzie zakombinowane, bo na pewno czeka mnie przeprawa promowa, a uprawnień na materiały pirotechniczne nie mam, nie wiem nawet jak wyglądają. W międzyczasie ponaglenie, cobym się za bardzo nie rozluźnił. Doładunek okazuje się być powtórką z załadunku, tylko pomnożony o większe boksy. Hmmm, no ładnie, coraz bliżej przeprawy, a ja nie mam co pokazać w okienku celnikom. Trzeci doładunek: normalny. Ciśnienie jednak nie schodzi i nie pozbywam się stresu, wręcz przeciwnie – zostaję poinformowany,podczas kontroli pokazuję tylko jedne dokumenty i nie ma problemu. Zaśmiałem się pod nosem, bo wszystko jest sprecyzowane przyjemnie i prosto – ot, normalka. Szybka wymiana wiadomości ze spedytorem: co by było, gdybym przewoził nie to, co trzeba? Czy się mnie wyprą, jeśli zostałbym zaaresztowany? Odpowiedz satysfakcjonująca - Damy okup za twoją głowę.- Spoko. 
Upewniam się jeszcze, czy w doładunku z Holandii nie mam przypadkiem marihuany, chociaż wiem, że firma nie naraziłaby żadnego z kierowców na takie ryzyko.
Po chwili słyszę:  
- Marihuany nie masz, masz LSD, ale tylko małe ilości.
Dla rozluźnienia atmosfery pytam, czy jak się sprawdzę, to poprzemycam jakichś uchodźców albo broń.
- Będziesz jeździł w kółkach Kolumbia-Meksyk-USA, odwiedzając największe kartele narkotykowe - otrzymuję odpowiedź. W międzyczasie dosta wiadomość od przyjaciela, który dowiedziawszy się, iż jadę do UK, każe mi umówić go z królową na herbatę. Wiadomość kończy zdaniem - God save the Queen!!! co utkwiło mi w pamięci. I tak minął mi dzień na wymienianiu uprzejmości i planowaniu przemytu na wielką skalę...
Ale, ale! Przecież ja dziś w nocy naprawdę mam przemycić dwie dostawy spięte pasami i leżące w najlepsze na pace mojego samochodu. Cholera.

Terminal do odpraw promowych był tak pięknie oświetlony, iż na sam widok przeszły mnie ciarki. Po co im tyle tego światła pomyślałem.
I od razu zobaczyłem oczami wyobraźni jak cały towar prześwituje przez plandekę 
i wszystko widać jak na dłoni. Jakiś człowiek nie wiadomo skąd, przystanąwszy przed celnikami krzyczy na głos:
- On ma nielegalny towar na pace i nie melduje o tym!!!
Brrrrrr... Czuję jak przechodzą mnie ciarki po plecach, a nogi robią się jak z waty.
- No super - chwalę swoją własną wyobraźnię, mamrocząc jeszcze do niej – Ale się wysilasz, i to w takiej chwili. Lepiej postaraj się mi pomóc, trzeba podjeżdżać bliżej. A tu co się dzieje? Kolejka tuż przed wjazdem i wszyscy jak jeden przejeżdża przez rentgen. Osobiście nigdy wcześniej tam nie byłem – myślę.
- No to masz okazję – podpowiada mi moja wyobraźnia.
Wjeżdżam, siedzę twardo za kółkiem i nie wiem, czy wysiąść, czy co.
- Proszę wysiąść i wejść do środka – powiedział celnik, pokazując mi małe biuro.   
Po rentgenie usłyszałem:
- Może pan jechać dalej.
- Super - myślę - jeden zero dla mnie, ha ha ha.
A teraz kontrola dokumentów przewozowych oraz dowodu i zaczynają się schody. 
- Co pan przewozi?
- Szyby samochodowe – mówię zgodnie z prawdą, dając dokumenty, które na pewno są czyste. Pozostałe dwa komplety głęboko schowane. Czekam, facet dzwoni gdzieś. Zaraz Cię zaaresztują!!! - krzyczy w głowie moja wyobraźnia. Facet z uśmiechem daje mi 
z powrotem dokumenty mówiąc: 
- Dziękuję, proszę jechać. 
Idzie gładko, chociaż drżenie ręki odbierającej dokumenty wskazuje na lekko podniesione ciśnionko.
Dwa zero. Jadę 50 metrów dalej i widzę celnika, który już czekał, a teraz ze szczerym uśmiechem zaprasza mnie na garaż, mówiąc:
 - Chcielibyśmy przeszukać pańską kabinę. 
Matko i córko, szukajcie, tylko nie otwierajcie paki - myślę.
Wjeżdżam.
- Rozumie pan angielski? - pyta celnik
- Tak. - potwierdzam.
- Przewozi pan jakieś papierosy?
- Nie, nie palę. Uśmiech: 
- A alkohol?
- Nie.
- Czy przewozi pan jakieś niedozwolone substancję chemiczne?
Teraz moja wyobraźnia zaczyna już drzeć się na całe gardło: - Sprawdźcie pakę, przemyca przemyca!
- Nie nic takiego nie przewożę - mówię prawie prawdę.
- Gdzie pan jedzie?
- Chciałbym do królowej, ale muszę rozładować te szyby. Celnik uśmiecha się i wzywa kolegę z psem. Stoją i patrzą się jak ja się pocę. Piesek jednak wcale nie jest zainteresowany autem, tylko cały czas ciągnie celnika w moim kierunku, merdając przyjaźnie ogonkiem
- Co jest? myślę. A celnik pyta: - Lubi pan psy?
- Tak, jak ładowałem w Niemczech towar kręcił się tam taki piesek i chyba mi obsikał buta - mówię, zaśmiawszy się .
- No tak, dlatego ten tak ciągnie do pana. Mogę wejść do kabiny? - pyta pierwszy z nich .
- Oczywiście.
Patrzy pobieżnie i schylony wychodzi.
Teraz albo pojadę, albo ….plandeka do góry i zaczną się pytania. 
Nie zdążył się nawet wyprostować, jak ja do niego:
- God save the Queen !!! ( Boże, chroń królową.) Good bye. 
 Wziąłem wprawnym ruchem ręki dokumenty, wsiadłem do kabiny i zamknąłem drzwi.
 Wiem, że chciał spytać, co mam z tyłu, wiem, że to nie był jeszcze dla niego koniec, ale tak go wszystkim zdezorientowałem, że jedyne co mógł powiedzieć, to:
- God save the Queen - pokazując przy tym, że wyjeżdżam.

 

piątek, 7 lutego 2014

Osaczony...


Dzień pierwszy. Postój jak każdy inny, trzeba wykonać parę rzeczy: przygotować się do następnej jazdy, pozamiatać choćby, zjeść coś gotowanego a więc co za tym idzie powykładać  całe to babskie pobojowisko do gotowania. Poza tym nudy straszne; parking jak parking, ludzie się zatrzymują, robią co muszą i jadą dalej. Owszem, widziałem,  że jeden samochód stoi dłużej niż wszystkie inne, ale co tam, nikt nie myśli 
w takiej sytuacji od razu o czymś podejrzanym.
Dzień drugi. Nic specjalnego od rana się nie dzieje.Tylko samochód,  który stał wczoraj pięć godzin na parkingu, dziś przyjechał także. Zdziwiłem się, co można robić na parkingu po pracy. Odpowiedź przyszła sama  w późniejszym czasie.  A tymczasem facet  po prostu  wysiadł z tego osobowego auta i przyglądał mi się tajemniczo od dłuższego czasu. Zacząłem się zastanawiać, co on właściwie do  mnie ma. Ale po chwili zająłem się swoimi sprawami. Pomyślałem tylko, że dobrze się stało, iż nie jestem jedynym weekendującym kierowcą na tym parkingu. Kiedy kończyłem rozmyślania, kierowca, który był moją deską ratunku, zapalił silnik i odjechał. W tym samym momencie podejrzany facet uśmiechając się do mnie,  wyciągnął  telefon.  Patrzył mi się przy tej czynności prosto w oczy. Brrr- pomyślałem- robi się nieciekawie!  Przestałem więc zwracać na niego uwagę oficjalnie, a  patrzyłem jedynie ukradkiem. Chodził  bez ładu i składu po całym parkingu. Zaczęło się zciemniać, kiedy  tajemniczy gość zniknął bez śladu z nieoświetlonego parkingu 
w ciemną noc. Wybałuszyłem oczy: w  takich warunkach jednak trudno było cokolwiek zauważyć. Owszem,  bliżej toalet stały dwie latarnie uliczne, które rzucały ponure światło na opuszczone auto delikwenta, ale jego w środku nie było!  Próbowałem sobie jakoś wytłumaczyć to jego zniknięcie: pewnie nawaliło mu auto 
i poszedł po pomoc, ale z drugiej strony mózg błyskawicznie podsuwał logiczne wątpliwości – to dlaczego nie zadzwonił? Może telefon mu się rozładował...I nie poprosił o pomoc? Nie próbował pożyczyć telefonu? 
Nic nie powiedział?
 I wtedy zaczął się wdzierać element grozy, mało tego  rozgościł się w mojej kabinie w najlepsze. Cholera - pomyślałem( o ile to w ogóle możny nazwać myśleniem)- co z nim? Trwało to dłuższą chwilę. Nagle, coś mignęło mi w prawym lusterku, ale nie światło,  lecz jakby ktoś przechodził... Wpatrywałem się przez dłuższą chwilę, ale nic... Gdzie on się podział? Znowu coś mignęło... Wytężyłem wzrok.  Coś przeszło tuż obok szyby mojej Renaty. O Boże! Kurczę! Aż podskoczyłem do góry, tak się przestraszyłem. To był on! Jego oczy tępo i nieruchomo wpatrywały się  w moje! Zniknłął równie szybko, jak się pojawił. Nawet nie zdążyłem się o nic zapytać. Usłyszałem tylko jak zapala silnik swojego grafitowego samochodu i zobaczyłem jak odjeżdża w ciemość ! Uf – odetchnąłem z ulgą..
Dzień trzeci. Niedziela rano. Cisza, spokój, ni  żywego ducha w okolicy. Nawet po autostradzie nic nie jeździ. Ten dzień to dzień mojego ogólnego niewyspania i rozdrażnienia spowodowanego wydarzeniami  dnia poprzedniego. Próbowałem się pocieszyć:  było minęło, nie ma co przeżywać. Zaparzyłem herbatę i właśnie zacząłem się brać za smażenie  jajecznicy na  boczku, kiedy to dokładnie w ty momencie na parking wjechały trzy auta. W tym jeden bardzo znajomy! Grafitowy ! Pomyślałem - O matko!  Będzie napad!  Pewnie faceci   myślą , że coś przewożę.
 Poobserwowałem ich, ale nic. Nie podchodzą, rozmawiają. Jajecznica  zaczęła się przypalać więc chcąc nie chcąc musiałem spuścić gości z oczu. Gdy podnosiłem je z powrotem zobaczyłem  ich już przed maską mojego autka w odległości  trzech metrów. Z duszą na ramieniu czekałem na rozwój wydarzeń.
Zaatakują? Jak to zrobią?- zaczęły mi się przewijać  przed oczami różne pytania. Co zrobią?! Ale przecież ja im nic nie zrobiłem!
Wtem: nie! Nie mogłem w to uwierzyć:  u całej trójki jak na komendę opadły spodnie, a jakby jeszcze tego było mało, trzymali się za nabrzmiałe genitalia i słali mi całusy. Niewiele myśląc odpaliłem Renatę w jednej chwili i ruszyłem pełnym gazem w stronę  masturbujących się kolesi.
Rozpierzchli się, a ja zmieniając parking uciekłem od tego okropnego widoku. Ale  po jajecznicy i apetycie nie było już nawet śladu...

środa, 25 grudnia 2013

Czerwona naczepa

Leciałem do Szweda, zmęczony bo od samych Włoszech poganiali mnie: - Ile do celu? Dawaj wujek, pomykaj szybciej!!! Rozładunek bezwzględnie do godziny... Dlaczego się zatrzymałeś?- i takie tam znane nam głupoty od jakże lubianych przez nas spedytorów terrorystów. Po czterech kawach, które i tak za nic nie działały, zmęczony i sfrustrowany dojechałem do Puttengarden na przeprawę promem.
Dojeżdżając do kontroli schowałem się za busikiem kolegi z nadzieją, że to właśnie jego wezmą do biura na wypisywanie co i gdzie wiezie; zimno jak szlak. Stoję. Przejechał hmm.... Dobrze, nie będę wychodził i też przemknę bez wychodzenia z Renaty. Znajomy uśmiech z budki i już zasuwam do biura. Niech to.... Nie wiem jak Wy, ale ja mam takiego farta tam,że zawsze,ale to zawsze spotykam tą samą kontrolerkę, która jak mnie widzi, to z uśmiechem zaprasza mnie do biura bez względu na porę dnia czy nocy. Na promie już tylko na piętro, i może się prześpię... Siema Kolego, co, nie poszło? No nie poszło, przecież widział w lusterkach, że lazłem do biura. Usiedli koledzy i przedstawili się.
Co, spać się chce? - zapytał. -Tak, wiesz, ja, jak już długo jadę to zasypiam z otwartymi oczami. On - na to:- Ja widzę rowerzystów na autostradzie. - Ja - widzę zakręt jak skręca w lewo, a tak naprawdę w prawo.
Na to wszystko odzywa się trzeci z obecnych panów. Jechałem 90km/h nie więcej, trzymałem się tira z czerwoną plandeką, a spać mi się tak chciało, że nic już nie pomagało, kompletnie nic... Otwarte oczy na oścież wlepiały się w tył czerwonej naczepy, mrugałem oczami raz i drugi, a tu mózg widzi niebieską naczepę, poprawiłem się i pomyślałem, że to ze zmęczenia... Po pół, godzinie na parkingu, kolega z dużego uświadomił mi, że zasnąłem za fajerą i tak zwolniłem, że czerwona naczepa pojechała, a on mnie wyprzedził, jak spałem w fotelu. W sumie jakieś pięć minut, jadąc autostradą. Ot, mała dygresja - fakt. Pozdrawiam kolegę, który to opowiadał.

Powitanie







Witam wszystkich serdecznie.